Robert Gadocha udowodnił, że wielkość piłkarza nie zawsze mierzy się liczbą trafień

Ciche serce „Złotej Jedenastki”: Robert Gadocha i monachijski blask 1974 roku

Kiedy wspominamy 1974 rok i legendarne mistrzostwa świata w RFN, przed oczami stają nam przede wszystkim obrazy Grzegorza Laty pędzącego po koronę króla strzelców, szczupaka Andrzeja Szarmacha czy niesamowitych interwencji Jana Tomaszewskiego. Polska, debiutując na tak wielkiej scenie po 36 latach, zadziwiła świat, krocząc od zwycięstwa do zwycięstwa i ostatecznie sięgając po trzecie miejsce oraz srebrne medale.

Skrzydłowy, który przestał strzelać

Jednak sukces ten miał swojego cichego architekta, bez którego maszyna Kazimierza Górskiego mogłaby stracić swoje paliwo. Był nim Robert Gadocha – genialny technik, król lewego skrzydła i człowiek, który dla dobra drużyny zrezygnował z własnej chwały strzeleckiej.

Statystyki z tamtego turnieju mogą być dla laika mylące: Gadocha zakończył mistrzostwa z zerowym dorobkiem bramkowym. Czy był w słabej formie? Wręcz przeciwnie. Sam piłkarz po latach w wywiadzie dla Piłki Nożnej Plus wspominał to z dużą dozą pokory, ale i świadomości swojej klasy:

Przed mistrzostwami byłem tak samo przygotowany do strzelania goli jak Szarmach, czy Lato, a wręcz, śmiem twierdzić, czasami robiłem to lepiej. Ale po pierwszym meczu z Argentyną zrozumiałem, że bardziej będę przydatny drużynie jako podający, niż strzelający. Nie mogliśmy przecież we trzech walczyć o tytuł króla strzelców. Zdecydowałem się być tym, który przytrzyma piłkę, pobawi się nią przy linii bocznej, a potem wrzuci na pole karne.

Architekt sukcesu

Bilans Gadochy na MŚ ’74 jest oszałamiający w swojej subtelności. Polska zdobyła w turnieju 16 bramek, a aż 12 z nich padło po jego podaniach. To niemal 75% całego dorobku ofensywnego biało-czerwonych! To on wypracowywał sytuacje, z których koledzy seryjnie trafiali do siatki.

Światowi eksperci nie dali się jednak zwieść brakowi bramek na koncie Roberta. Został on wybrany najlepszym lewoskrzydłowym świata, znajdując się w oficjalnej „jedenastce marzeń” turnieju obok takich sław jak Johan Cruyff czy Franz Beckenbauer.

Dziedzictwo pokory

Dziś, patrząc na tamten sukces, warto pamiętać, że brązowy medal z 1974 roku to nie tylko „pamiętny mecz na wodzie” we Frankfurcie czy gole Laty. To przede wszystkim historia drużyny, w której indywidualności potrafiły się poświęcić dla wspólnego celu.

Robert Gadocha udowodnił, że wielkość piłkarza nie zawsze mierzy się liczbą trafień, ale tym, jak bardzo potrafi on uczynić lepszymi swoich kolegów z boiska. Bez jego rajdów i tych dwunastu asyst, historia polskiej piłki mogłaby wyglądać zupełnie inaczej.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *